Pasmo Patrona
W imię ciągłości każdego życia
Władysław Broniewski, tegoroczny patron festiwalu Szczebrzeszyn Stolica Języka Polskiego, chyba jak żaden inny twórca dwudziestowiecznej literatury polskiej przybywa nam z egzystencjalną pomocą. Jego życie i twórczość, biografia i autofikcja są złożone tak bardzo, jak tylko skomplikowane może być życie, motywacje do niego i przekonana o nim, jakie tworzą każdego z nas.
Przyszło nam bowiem żyć w świecie doświadczeń fragmentarycznych, w uniwersum szczątkowych do bólu narracji, w chaosie wirtualnych supozycji, z których nie wynika nic ponad tego chaosu wzmożenie. Kategorie prawdy czy nawet faktyczności czegokolwiek to dziś zaledwie powidoki jakiejś rzeczywistości, która być może była naszym domem, ale z pewnością nie jest opcją możliwej przyszłości. Żyjąc, czy może ściślej pobywając na moment jak przebodźcowany internauta, w świecie medialnych jedniodniówek, przynoszących wieści coraz bardziej dojmujące, nie tyle tracimy horyzont całości i ciągłości naszego istnienia, ile zwyczajnie zrywamy się z kotwicy tego istnienia by dryfować w ciężkim, potliwym śnie nawiedzanym przez widma i upiory totalitarnych przeszłości, metafizycznych rezygnacji, indywidualnych dramatów i – nade wszystko – wszechobejmującej samotności. Śmiemy tej kondycji przyznawać waloru jedyności, tymczasem osuwamy się w społecznym habitacie do poziomu atomów, które nie komunikują się i nie wiążą z innymi, popadają w wyniosły i komiczny zarazem narcyzm produkujący autoteliczny i głuchy skowyt na pustyni pikseli. Tymczasem jako istoty mówiące, czytające i piszące powołani jesteśmy do zgoła innej, nie mniej dramatycznej, kondycji. Tak się szczęśliwie składa, że koryfeuszem dramatu ogołocenia z sensu istnienia, a zarazem radykalnie poszukującym go lirycznym głosem, był Władysław Broniewski. Szczęśliwy naród, który ma poetę, można by rzec z rewolucyjnym hurraoptymizmem, gdyby nie fakt, że naród ten poddany licznym, ideologicznym presjom, akurat tego poetę przejechał jak walec. O niektórych z naszych wielkich twórców dwudziestego wieku zwykło się mówić jako o świadkach czasu. Czesław Miłosz, Aleksander Wat, Witold Wirpsza, ot pierwszy z brzegu ciąg biograficznych i literackich świadectw tego wieku okrucieństw, ale też – najczęściej zawiedzionych – nadziei, obejmuje również Broniewskiego jako prominentnego przedstawiciela i praktyka poetyki świadectwa. Pisał dużo, pisał w każdym czasie swojej biografii i losu, których ciągłości nigdy się nie wyparł, za co przyszło mu płacić straszną cenę. Z Miłoszem zaliczył ideologiczną idiosynkrazję, z Watem Łubiankę, z Wirpszą socrealistyczne neofictwo. Będąc z nich wszystkich najstarszy, jednocześnie cierpiał życie najkrócej, a jednocześnie przydarzyła mu się wieczność, której najpewniej nie chciał. Chyba żaden inny poeta z panteonu wielkich cierpiętników metafizycznych i politycznych nie został tak obskurancko potraktowany przez pamięć następnych pokoleń. Kto z nas nie pamięta akademii ku czci, ten trąba, ale też wybraniec czystego pola odbioru twórczości Broniewskiego dziś. Ja akurat zaliczyłem Broniewskiego w dychawicznym, upadającym PRL-u lat osiemdziesiątych, z kolan którego podnosić miała poezja rewolucyjnego czynu, również ta, której autorem był Broniewski. Jego ”Bagnet na broń” pisany przecież w intuicji zagrożenia ze strony faszystowskich Niemiec, akurat swoje ostrze w latach osiemdziesiątych miał wykierowane w stronę imperialistycznej reakcji, która dla mnie smakowała gumą Donald i dewizami od konika sprzedawanymi pod sklepem Pewex. Broniewski zwyczajnie zdawał mi się nie na czasie. Mało o nim wiedziałem, pełnia jego biografii była mi niedostępna. Posiadałem natomiast szczątkową, poddaną kazuistyce szkolnej, wiedzę o faktach – za Thomasem Bernhardem – rzekłbym „wymazanych”. Młody Broniewski jako legionista Piłsudskiego i uczestnik wojny polsko – bolszewickiej to nie była twarda waluta dla koników propagandy socjalistycznej. Natomiast Broniewski jako poetycki interlokutor szerokich mas pracujących ludu miast i wsi już jak najbardziej. Uchodził również jako głos lamentacyjny, którego treny do i o Ance równać się mogły z Mistrzem z Czarnolasu, ale chyba nic więcej z Broniewskiego ze szkoły nie wyniosłem. Acha. I jeszcze picie. Tak, figura wiecznie zawianego Broniewskiego dobrze uwspólniała się z tekstem piosenki „Za dziesięć minut trzynasta” zespołu Shakin` Dudi i sznureczkiem proletariuszy w smutnych jesionkach zapijających fatum mentalnej i finansowej pauperyzacji w gospodarce wszelkich niedoborów. A jednak przeszedł Broniewski suchą, trzeźwą stopą rytmiczną swoich fraz do przyszłości polskiej literatury. Śmiem bowiem twierdzić, że ta jest dopiero przed nim. Bo kto jak nie on był tym faktycznie lirykiem pełną gębą? Czytany dziś, na komórkach i pomnikach – chyba ten w Płocku wydaje się najbardziej gargantuiczny – ujawnia swój porażający, klarowny potencjał dramatyczny. Tak jakby Broniewski dociążał nas dziś dramatem realnym, faktycznością ludzkiego życia mielonego w żarnach historii, dotkliwością losu żołnierza wiecznie nieprawomyślnej armii, koszmarem ojcostwa grzebiącego własne dziecko, wreszcie indyferencją człowieczeństwa w kleszczach choroby alkoholowej, które po omacku, po nocach wydzwania do przyjaciół prosząc o wysłuchanie żałosnej modlitwy wierszem. Jeden z największych śledzienników i filozofów rozpaczy dwudziestego wieku, Emil Cioran, pewną ze swoich książek nazwał „Brewiarzem zwyciężonych”. Zdaje mi się, że Broniewski w tym zakonie surowej reguły smutku byłby gniewem, śmiechem i łzami egzemplarycznymi, zwłaszcza, że był wybrańcem mowy, poetą gotowym od zarania, autorem języka wspartego o wielki gmach polskiej tradycji, ale też otwartego na doświadczenie translacji wyobraźni z kulturami innych narzeczy. Coś zresztą z Broniewskim zawsze było na rzeczy. Wystarczy prześledzić jego pośmiertne losy i transfer w inne dziedziny sztuki, z muzyką na czele. Ilość interpretacji muzycznych jego wierszy onieśmiela. Z kolei bibliografia krytyczno-literacka, książki egzegetyczne, aktualizacje ideologiczno-polityczne, przekraczają miarę jednego, lekturowego życia. Podczas festiwalu Szczebrzeszyn Stolica Języka Polskiego postaramy się oddać chociaż część sprawiedliwości tej twórczości, której zawsze do twarzy było w czyśćcu literatury. Po prostu Broniewski zdaje się zagrażać każdemu, całościowo zorganizowanemu systemowi organizacji życia społecznego. Podczas Wielkiej Wojny stracił – i słusznie – wiarę w człowieka, za sanacji komunizował, podczas II wojny jako żołnierz tułacz objechał w tekstach tam i nazad sowietów, którzy na Łubiance wzięli odwet. Po pijaku napisał, co napisał o Stalinie, by odmówić napisania nowego tekstu hymnu polskiego musiał powziąć trzeźwe środki zaradcze, socrealizm natomiast dał mu chleb i tragedię utraty, ale nie odebrał duszy. Permanentna opresja – to chyba trafne sformułowanie klimatu, w jakim przyszło mu żyć i umierać. Nowotwór krtani był wyrokiem równie surowym jak życie na ostrzu różnych noży, które wiódł ten – jak mawiali bliscy mu przyjaciele – niezwykle dobry człowiek. Niezwykłość i dobroć to towary deficytowe wśród – wrócę jeszcze do określenie z rezerwuaru cioranowskich kalumnii – ”spionizowanych szkieletów”, którymi również jesteśmy. Broniewski to mięso życia, które nie chce zmieścić się w jednoznacznie brzmiących formułach każdej ideologii i przemocy. Broniewski to paradoksalny synonim wolności zrealizowanej w wielkim więzieniu wieku dwudziestowiecznych totalitaryzmów. Skoro zgodzimy się z tezą, że i my zamieszkujemy w luksusowym panoptykonie późnokapitalistycznej fikcji, w którą puka coraz donośniej zupełnie konwencjonalna zagłada, by z tej komy nas wyrwać, to Broniewski może nam się dziś na wiele zdać. Może warto go czytać zanim ”w drzwi załomocą”. Bez względu na to, czyje to będą kolby.
Krzysztof Siwczyk